Mama zostaje sama Polecamy Rodzice piszą by Arleta Niciewicz-Tarach - 21 września 201621 września 20160 Ekstremalna bliskość, nierozerwalna więź – to hasła wpisane na stałe w pojęcie macierzyństwa, kojarzą się z nim jak ciastko z kremem albo jak czekolada z orzechami… sama słodycz. Tymczasem rodzicielstwo, zwłaszcza to matczyne, miewa gorzki posmak chwil, w których musimy odejść, odsunąć się, zniknąć. Zaczyna się od małych spraw, a kończy na wypuszczeniu młodego z gniazda – w nieznany, groźny, niebezpieczny świat. Gdy dzieje się to stopniowo, jest szansa, że przeżyje… rodzic oczywiście, bo pisklak na pewno! Pierwszy szok, pamiętam, nadszedł tuż po porodzie. Euforyczna radość ze spotkania synka i dziki strach, że poza brzuchem jest bezbronny. Fizyczne rozstanie – ja w szpitalnym łóżku, on w „mydelniczce” tuż obok, a przecież tak daleko. Tuliłam go z myślą, że nigdy nie wypuszczę z objęć, że nic się nie zmieniło, pokonamy tę przestrzeń. I właściwie tak było – funkcjonowaliśmy jak jedno ciało, jedna osoba… aż do dnia, w którym zrezygnował z ssania piersi. Przyznaję się bez bicia – karmienie naturalne to był dla mnie temat hardcore, daleka jestem od fanatyzmu w tym temacie i w zasadzie decyzję syna przyjęłam z ulgą. Niemniej to było nasze pierwsze rozstanie, koniec jakiegoś etapu – czułam się zatem niepewnie i jakoś dziwnie. Przez myśl przemknęło, że już mnie w jakiejś cząstce przestał potrzebować, chociaż zdrowy rozsądek podpowiadał jeszcze wiele aspektów, gdzie bez mamy ani rusz. Daliśmy radę w tym temacie, rzekłabym nawet gładko, tyle że to był dopiero początek, mała wprawka… Na kolejnym etapie w życiu mego dziecka pojawiła się konkurencja w postaci intrygujących postaci – dostrzeżony wreszcie ukochany tata, zabawne babcie, fajny dziadek… całe grono, co tu dużo mówić, atrakcyjniejsze od mamy, która ciągle jest i nie da się za nią porządnie stęsknić. Może to szalone, ale wtedy pojawiła się tęsknota za czasem, gdy byłam całym światem dla synka, który teraz chętnie wymykał mi się z rąk na inne ręce… Trudne to było, ale nieuniknione – podzielić się nim, czasem zejść w tło, wreszcie zostawić z dziadkami na kilka godzin, a nawet dni bez wyrzutów sumienia i obaw. I ten etap udało nam się przekroczyć dość łagodnie, jeśli nie liczyć wylanych ukradkiem łez matki rozdzielonej ze swym coraz większym synkiem… CZYTAJ TAKŻE: Trudne słowo: JAPrzed nami bliska perspektywa żłobka i tu sprawa staje się grubsza, bo jak wiadomo – obcy ludzie, obce dzieci, długie godziny osobno i zapewne matka w spazmach (podobno dzieci radzą sobie lepiej niż mamusie, wierzę…). W ramach przygotowań do tejże samodzielnej przygody postawiłam – i tu decyzja po raz pierwszy była jednostronnie moja – nauczyć synka zasypiać samodzielnie we własnym łóżeczku, a nie jak dotychczas ze mną. Jest ciężko, przede wszystkim dlatego, że właśnie wieczorami czułam się niezastąpiona w roli żywej przytulanki, że uwielbiam czuć jego spokojny oddech i śpiewać kołysanki prosto do uszka. Mały protestuje, popłakuje, woła, po raz pierwszy widzę, że naprawdę jest mu trudno i nie w smak. Może nie warto się męczyć… może mamy jeszcze czas na to kolejne rozstanie? Ale czy za chwilę nie przyjdą następne, trudniejsze? Wierzę, że te małe przewroty paradoksalnie nie oddalą nas, ale zbliżą, a przede wszystkim wiem, że zawsze przy nim będę – w tle, z drugiej strony, z boku – po prostu będę…