Urlop? Zależy, jakim kosztem… Rodzice piszą Strefa Mamy by Edyta Bodzioch - 17 sierpnia 20175 września 20171 Zdecydowanie nie jestem typem pracoholika. Urlop i przerwy wszelkiego rodzaju są mi niezbędne do życia, jak powietrze. Dlatego zawsze czekam na wakacje. Niecierpliwie przebierając nogami. Odliczając dni, ile jeszcze zostało. Nie muszę zbytnio wytężać się umysłowo, ani robić badań terenowych by wiedzieć, że znaczna część populacji ma tak samo. Życie na pełnych obrotach robi swoje. Dlatego niemal wszyscy kochamy wakacje jeszcze bardziej niż wtedy, gdy byliśmy dziećmi. Praca pracą. Ale robota na etacie, to dopiero początek imprezy. Są w końcu jeszcze inne role, które potrafią wyssać z człowieka całkiem sporo. Wiem też, że bycie rodzicem jest właśnie czymś takim. Jedną z najbardziej wymagających i jednocześnie wyczerpujących posad ever. Oczywiście uwzględniając tylko jedną stronę medalu, na potrzeby niniejszego tekstu 😉 Dlatego teraz, jak nigdy wcześniej, wyrozumiale patrzę na matki i ojców. Na ich braki reakcji, albo przeciwnie, reakcje zbyt jaskrawe. Czasem nieadekwatne, gdy dzieć testuje, co jeszcze mu wolno. Jesteśmy tylko ludźmi i owa prawda nie przestaje obowiązywać po pojawieniu się dziecka. Jak to mówią, taki lajf. Do tego jest jeszcze jakieś przysłowie z pszczołami. „Kto ma pszczoły, ten ma miód. Kto ma dzieci, ten ma… jakoś tak to leciało 😉 Wakacje zwykle ratują nas przed totalnym wyczerpaniem i wypaleniem. Doskonale to rozumiem i szanuję. Jednocześnie uważam, wciąż twardo trzymając się swoich zasad racjonalistki, że wszystko ma swoje granice, które trzymają funkcjonowanie świata w zdrowych ryzach. Inaczej zaczynają się problemy. Bo choć wakacjom mówię zdecydowane „tak”, to zaraz szybko dodaję „zależy jakim kosztem”. I zupełnie nie chodzi mi o zaglądanie komuś do portfela. CZYTAJ TAKŻE: Witaminowa rymowanka o tym, jak uzyskać super moceWakacyjna przechowalnia Ostatnio na zakupach, nawiązała się pomiędzy mną a sprzedawczynią rozmowa na temat pracy. W wielkim skrócie chodziło o pomysł na siebie, w sensie zawodowym. Pani wypaliła mi z pewną „podpowiedzią”, którą podsunęła jej klientka, rozkręcająca się bizneswoman. O co chodziło w tym zacnym pomyśle? Jak to zwykle w biznesie – o wypełnienie jakiejś niszy. Tym razem nisza dotyczyła relacji rodzice – dziecko, w kontekście wakacyjnym. O całodobowe przedszkole. Pomysł, jak pomysł. A biznes, jak każdy inny. Ale z miejsca powaliło mnie na kolana uzasadnienie owej całodobowej opieki. Że zmęczeni i zapracowani rodzice z wielką chęcią zostawią swoje dziecko w takiej „przechowalni”, by móc skorzystać z tygodnia zagranicznego last minute! Podobno (to słowo klucz, gdyż ja potwierdzić tego na 100% nie mogę. Więc zostaje podobno), to bardzo chodliwy pomysł na biznes… Nasunęło mi się tylko pytanie, które oczywiście rzuciłam uprzejmiej sprzedawczyni, po co więc dzieci? Skoro przeszkadzają w odpoczynku zapracowanym rodzicom? Mnie zrobiło się co najmniej nieswojo z myślą, że mogłabym oddać swoje dziecko w obce łapy, by tylko móc wysmażyć sobie tyłek w jakimś hiszpańskim resort. Nawet najbardziej kuszący drink z palemką by mnie do tego nie przekonał! Nie chcę oceniać kogokolwiek. Każdy robi to, na co pozwala mu sumienie. Jednakże trochę smutno myśleć o rodzinie w kategoriach „zrób sobie przerwę”. Bo gdyby Mąż mi powiedział „muszę od Ciebie odpocząć”, to znaczyłoby dużo więcej, niż tygodniowe last minute w ciepłych krajach.
Najpierw przeczytałam, potem w duchu przyznalam Ci rację, a na końcu zobaczyłam dopiero, że to Ty 🙂 pozdrowienia! Zaloguj się, aby odpowiedzieć